Smutek późnego lata / Late Summer Sadness.

Późne lato to pora roku, którą lubię najbardziej. Słońce jest przyjemnie ciepłe ale już nie tak natarczywe. Poranki chłodne i orzeźwiające. Powietrze pięknie pachnie. Zaczynają pojawiać się słodkie, prawdziwe polskie jabłka. I dynie. Stragany z owocami mienią się fioletem śliwki węgierki i zielenią gruszek. Późne lato ma intensywny, słodki smak.

Jednak w tym roku nie cieszy mnie ten czas. Naznaczony jest tęsknotą, smutkiem i samotnością. Warszawa nigdy mnie nie rozpieszczała, nigdy nie czułam się się tym mieście jak u siebie, ludzie tutaj pełni są zawiści i rzadko się uśmiechają. Każdy gna w swoją stronę. Wracam po pracy do pustego mieszkania  i spędzam godziny z moim przyjacielem laptopem. Co innego Gdańsk czy Kazimierz Dolny ale nie mogę być tam przecież codziennie.

A tak bardzo chciałabym spędzić ten czas z Abhim. Pokazać mu piękno tej pory roku, kiedy trawa wciąż jest jeszcze soczyście zielona ale liście na drzewach powoli zaczynają żółknąć. Tak bardzo chciałabym pójść z nim wieczorem na spacer i w milczeniu trzymać go za rękę, zjeść pyszne śniadanie na balkonie, usmażyć mu powidła śliwkowe i przygotować makaron z figami. Chciałabym pogładzić go po policzku i usiąść na trawie w parku żeby łapać ostatnie gorące promienie słońca. Wiem, że wszystko to będę miała już niedługo, tymczasem spędzam moje ostatnie samotne późne lato w Polsce i jedyne co mogę pokazać mojemu ukochanemu to zdjęcia drzew, które nie mają zapachu.

I smutno mi wtedy chociaż jednocześnie jestem najszczęśliwsza na świecie i choć kocham lato w Polsce, to tak bardzo tęsknię za Abhim, że nie zamienię upalnego lata w Delhi na żadne inne. Choć kocham delikatność późnego polskiego lata, to wolę smażyć się w Delhi. Sto razy bardziej. Jednak wiem, że kiedyś spędzimy późne lato w Polsce razem i wtedy usiądziemy na trawie w parku, będziemy jeśli śliwki i będzie nam po prostu dobrze. Bo będziemy razem.

(Irrakuri)





 
Late summer is the time of year that I like the most. The sun is pleasantly warm but not so insistent. Mornings are cool and refreshing. The air smells divine and in the market you can find juicy polish apples I pumpkins. Stalls with fruits sparkling purple prunes and green pears. Late summer is intense, sweet flavor.

However, this year does not entice me this time. It is marked by nostalgia, sadness and loneliness. Warsaw never pampered me, never felt at home in this city, people here are full of envy and rarely smile. Everyone rushes to their side. I come back from work to an empty apartment and spend time with my friend laptop. What else Gdańsk and Kazimierz Dolny but I can not be there every day, after all.

And so I want to spend this time with Abhi. Show him the beauty of this season, when the grass is still yet lush green leaves on the trees are starting to turn yellow. So I would love to go with him for a walk in the evening and silently hold his hand, enjoy a delicious breakfast on the balcony, make him some plum jam and prepare pasta with figs. I would like to caress his cheeks and sit on the grass in the park to catch the last warm rays of the sun. I know that all of this I will have soon, meanwhile I spend my last lonely late summer in Poland and the only thing I can show my beloved is a photo of trees that do not smell.

And then I'm sad at the same time even though I am the happiest in the world, and although I love summer in Poland, so I miss Abhi. and i wouldn't want to change the hot Delhi summer as we are together. Although I love the delicacy of the late Polish summer, it will burn in Delhi. A hundred times more. But I know that one day we will spend the late summer in Poland together and then sit on the grass in the park, and eat plums and we will be just fine. Because we'll be together.



Nigdy nie będę miała figury modelki / I'll never have a model figure

Dlaczego? W Indiach jest to po prostu niemożliwe. Czasami wydaje mi się, że Hindusi mają większe żołądki niż reszta świata. Kiedy ja jestem już pełna i ledwo się ruszam, oni dopiero zaczynają ucztę. Co najgorsze, jedzenie tutaj to odlot dla podniebienia.

Jednak zacznę od wspaniałej nowiny. A. mi się oświadczył. Oficjalnie zostaliśmy parą narzeczonych i jestem tak szczęśliwa, że brak mi słów. Wiem, że to mężczyzna mojego życia. Chcę spędzić z nim wszystkie dane nam przez bogów życia i sama myśl o naszej przyszłości przyprawia mnie o dreszcze (odpukać w niemalowane drewno).



Tak wspaniałą okazję należy uczcić. Nic nie nadaje się do tego lepiej niż jalebi. Mój ukochany uliczny przysmak. Wyglądem przypominają odrobinę pączki ale w smaku są zupełnie inne. Smażone w głębokim tłuszczu na złocisty kolor, oblane słodkim syropem są lekko wilgotne i chrupiące. Intensywnie słodkie, ale nie mdłe. Coś jak pączek, faworek i miód w jednym. Jeśli spróbujcie tego smakołyku chociaż raz, nie będziecie chcieli jeść nic innego. Dlatego właśnie nigdy nie będę miała figury modelki. Mój przyszły mąż jest z Indii, obiecał mi kiedyś kochać mnie do końca naszych dni i codziennie po pracy przynosić mi jalebi. Trzymam go za słowo.

Uliczne jedzenie w Indiach jest tłuste. Właściwie każde jedzenie w Indiach jest tłuste i ciężkostrawne, a już szczególnie śniadania. Jednak choćbym była nie wiem jak przepełniona (czasami marzę o 9 żołądkach kiedy jestem tutaj ) to nigdy nie odmowie porcji słodkiego jak miód jalebi. Na filmiku poniżej możecie zobaczyć jak ta pyszność jest robiona. Zaufajcie mi. Ulice tutaj nie są może przykładem czystości, zapachy czasem prowadzą do mdłości, ale jedzenie...jalebi...tak! To jest to! Będąc w Indiach MUSICIE spróbować jalebi!

Kilka dni temu odwiedziliśmy Old Delhi (o czym napiszę innym razem) i miejsce, które jest słynne ze smażenia jalebi od dziesiątek lat. Myślałam, że każde jalebi smakuje tak samo. Nie mogłam mylić się bardziej! Z kremem, zwanym Rabri jalebi smakuje jak niebo! O Panie! Ja już nie chcę jeść nic innego! Ja już nie chcę być chuda! Ja chcę moje jalebi!



Tutaj zjecie najlepiej: Paharganj oraz Chandni Chowk w Old Delhi

(Irrakuri)

Why? In India, it is simply impossible. Sometimes it seems to me that Indians have larger stomachs than the rest of the world. When i ate and my stomach is already stuffed with food and people around me in India they are just beginning the feast.The worst thing is i want eat everything because food here is explosion for your taste buds (food orgasm?) but my stomach is telling me stop! you can't eat more!

However, I will start from the wonderful news. A. proposed to me and i said YES!! . We are engaged officially and I am so happy that no words can describe how it makes me feel. I know this is the man of my life. I want to spend all the lifetime that i have given and planned for us by god and the thought of our future gives me the goosebumps (knock on wood).



Yes wonderful opportunity to be celebrated. Nothing suitable for this better than jalebi. My beloved street delicacy. It looks a bit like a donut but the taste is completely different. Deep-fried golden brown, doused in a sweet syrup and is slightly moist and crunchy. Intensely sweet, but bland. Something like a donut, faworek ( a polish cookie delight that we prepare on Easter's eve)and honey in one. If you try this delicacy even once, you will not want to eat anything else. That's why I'll never have a model like figure. My future husband is from India, promised me to love me till the end of our days, and every day after work to bring me jalebi. I will hold him on his word.


Street food in India is greasy. In fact, any food in India is greasy and hard to digest, and especially breakfast. But even if I was I do not know how crazy (sometimes dream about 9 stomachs when I'm here) is to refuse serving sweet as honey jalebi. In the video below you can see how this excellence is done. Trust me. The streets here are perhaps not an example of purity, smells sometimes lead to nausea, but the food ... jalebi ... yes! This is it! Being in India one MUST try jalebi!



A few days ago we visited Old Delhi (about which I will write another time) and place that is famous for frying jalebi for decades. I thought that every jalebi tastes the same. I could not be more wrong! With the cream, which is made from milk which is simmered for hours ad then sweetened and called Rabri is smeared over the fried piece of euphoria... jalebi tastes like heaven! O Lord! I no longer want to eat anything else! I no longer want to be skinny! I want my jalebi!


Here you will eat the best: Paharganj and Chandni Chowk in Old Delhi








Poezja / Poetry

Dzisiaj chciałabym się z Wami czymś podzielić.

Zakochuję się w A. każdego dnia na nowo. Ten człowiek mnie fascynuje i cały czas zaskakuje. Potrafi rozśmieszyć mnie do łez nic nie mówiąc i zaopiekować się mną kiedy jestem chora tak, że zawsze czuję się najważniejsza na świecie.

Jednak to poezja sprawiła, że przepadłam. Bo A. pisze wiersze. I pisze tak, że każdy dzień staje się piękniejszy i cały czas czuję w nozdrzach zapach jaśminu. I już zawsze jaśmin będzie kojarzył mi się z moim mężczyzną. Dlatego chciałabym Wam pokazać kilka jego wierszy, które mi wysłał kiedy się poznaliśmy. Jednak nie podejmę się tłumaczenia ich na język polski. Mam nadzieję, że zrozumiecie. 

Czytajcie i piszcie poezję. To zawsze wyzwala. I sprawia, że dzień staje się piękniejszy.


(Irrakuri)

Today I would like to share something with you.

I fall in love with A. each day over and over again . This man fascinates me and is constantly surprising me. He can make me cry with laughter, saying nothing and taking care of me when I'm sick so I always feel the i am the most important person in the world.

However, it is poetry that made me feel that i am in love. A. Because he writes poems. I write so that every day becomes more beautiful and I still feel the smell of jasmine lingering on my .Jasmine always reminds me of my man. Therefore, I would like to show you some of his poems, which he sent me when we first met. However, I do not undertake to translate them into Polish. I hope you understand.


Read and please write poetry. It's always triggers. And that makes the day even more beautiful.


***

Fickle my thoughts and trouble breeds in my nerves
I stare at the hole in the sky , there appears a purple verve
The wind blows in adifferent way off late
Cherry blossomed Mist of her existence soaked in shimmer
I am giving away slowly to this rush of blood in my rusted nerves
Succumbed to her giggle i paint a smile on my face
I am here! waiting for your voice to echo and resonate in my vivid reality

(wiersz ze zdjęcia / poem from the picture)

***

This crumbled sheet with twisted fibres
tells the tale of my dreamsclenched to its waves 
I sew my life every night  with a faint light beam
my shoe lace taught me how staying organised makes you walk firm or trip and fall
and I took inspiration to stand strong from this wall
I saw my face in the mirror and I learnt that I am my biggest competition
and this vast sky and the unending floor beneath my feet offered me my vision
how to change with the seasons is what the banyan reinforced
the grains buried under the soil showed me another way 
to reach for the light when you are dug and shoved in deep
there is always a new way
a different route
a bend in the road and that's how the journey starts
and you how to love


The 4am fragrance of his words mingling with the jasmines weaved in her tresses.
As he tries to untangle each strand &unravel each emotion.
And the breaking dawn blushing crimson witnessing the foreplay of his fingertips with the tangled jasmine flowers.
Was he untangling or getting caught himself in the web of desire and the the unkown shade of her blue eyes.
And she mingled in his breaths and went adrift in his cascade.
As the gentle rays of dawn were stealing specks of charcoal from his eyes and painting hues of orange in them.
Ans as the henna darkened, blushing beholding they play of fingertips and sunlight playing cupid with jasmine as their witness.
Destinies were forged.

Burger Singh. A piece of Heaven. / Burger Singh. Kawałek frytkowego nieba.

I am a Fries Monster. This is the dish, which I love from an early age. Every child loves fries. Lord! In childhood I'd give an arm for a portion of delicious, crispy, fried in deep fat fries. Master of frying was my dad. Often waited for hours to come back from work, he was often very tired, but bravely peeling and slicing potatoes and fry them serving me pieces of culinary heaven. Most people grow out of the taste. I did not. I can not live without fries and trying them in each and every restaurant set back in search of the Holy Grail of fries. I ate tons of them, and without hesitation I can be named as a specalist . None of these, I have had so far not even a little bit resembled those made by my father, however, i never gave up and always fought for that taste again.
I never thought of getting one true fries discoveries in India! Meet Burger Singh. restaurant, where I ate an amazing burger with lamb. Its texture is heavier, though thicker than what they serve us a national chain, otherwise the meat at Burger Singh (ordered a White Guy) is seasoned perfectly. Slightly spicy, appropriately salty, very expressive taste. For this tomato-mayonnaise sauce and classic additions: onions, lettuce, tomato is like Poetry.
But burger is not the king of this place. If you want to eat really good fries - I'm quite serious, these are not just any 'Fries', but it is such if you want a culinaru orgasm - you need to eat fries from Burger Singh. We ordered a Dilli-6. French fries in the Indian style. I was expecting something tasty, because I heard a lot about this place but I did not expect an explosion of flavours in my language! The fries are crispy and browned on the outside, soft and tender in the middle, and perfectly seasoned. Seasoned perfect with salt, but not like the Dead Sea, spicy, but not to burn your throat, they give you the taste of India and feel like a culinary miracle of the World. Gee, what fries! True Rolls Royce among the fries! Simply, try them once and you would never want to eat any other fries. Average dose is about 99 rupees or about 6 zlotys for the solid portions of the tastiest fried potatoes I've had. Are filling, they are crunchy, they are expressive.I felt as if someone served me (on a plastic tray ) a piece of heaven.
If you are in New Delhi give a visit to this place. Supercharge your culinary life forever. Let them change your life or the definition of fries for you! Long live Burger Singh!
Adress: H-45, Block H, Connaught Place, New Delhi, Delhi 110001 Forgive us for the quality of photos, we were too busy eating to focus on anything else !! ;)





Jestem Frytkowym Potworem. Jest to potrawa, która uwielbiam od najmłodszych lat. Każde dziecko kocha frytki. Rany! W dzieciństwie dałabym się pokroić za porcje pysznych, chrupiących, smażonych w głębokim tłuszczu frytek. Mistrzem w smażeniu był mój Tata. Często czekałam godzinami aż wróci z pracy, często był bardzo zmęczony, ale dzielnie obierał i kroił ziemniaki i smażył je serwując mi kawałki kulinarnego nieba. Większość ludzi wyrasta z tej miłości. Ja nie. Nie mogę żyć bez frytek i próbuję ich w każdym barze i każdej restauracji w poszukiwaniu Świętego Graala wśród frytek. Zjadłam ich tony i bez wahania mogę nazwać się specjalistką. Żadne z tych, które jadłam do tej pory nawet odrobinę nie przypominały tych robionych przez mojego Tatę, jednak się nie poddaje i zawsze walczę o ten smak od nowa.
Nie sądziłam ze doczekam się prawdziwego frytkowego odkrycia w Indiach! Poznajcie Burger Singh. Knajpę, w której zjecie niesamowitego burgera z jagnięciny. Jego tekstura jest cięższa, jakby gęstsza od tego co serwują nam sieciówki, poza tym mięso w Burger Singh (zamówiliśmy White Guy) jest przyprawione doskonale. Lekko pikantne, odpowiednio słone, bardzo wyraziste w smaku. Do tego sos pomidor-majonez i klasyczne dodatki : cebula, sałata, pomidor. Poezja. 
Jednak to nie burger jest królem tego miejsca. Jeśli chcecie zjeść naprawdę dobre frytki - jestem całkiem poważna, nie jakieś tam frytki, ale jest chcecie doznać kulinarnego orgazmu - musicie zjeść porcje frytek z Burger Singh. Zamówiliśmy Dilli-6. Frytki w indyjskim stylu. Spodziewałam się czegoś smacznego, bo dużo słyszałam o tym miejscu ale nie oczekiwałam eksplozji na moim języku! Frytki są chrupiące i zarumienione na zewnątrz, miękkie i delikatne w środku, do tego idealnie przyprawione. Słone, ale nie jak Morze Martwe, ostre, ale nie wypalają gardła, czuć w nich Indie i czuć w nich Świat. Rany, co to są za frytki! Prawdziwy Rolls Royce wśród frytek! Wystarczy, ze spróbujecie ich raz a już nigdy więcej nie będziecie chcieli jeść innych. Średnia porcja to ok 99 rupii czyli jakieś 6 złotych za solidna porcje najsmaczniejszych smażonych ziemniaków jakie jadłam. Są sycące, są chrupiące, są wyraziste. Czułam się jakby ktoś położył mi na talerzu (na plastykowej tacce właściwie) kawałek nieba. 
Jeśli będziecie kiedyś w New Delhi musicie odwiedzić to miejsce. Odmieni Wasze kulinarne życie na zawsze. Niech żyją idealne frytki! Niech żyje Burger Singh!

Wybaczcie jakość zdjęć, ale byliśmy zbyt zajęci jedzeniem by skupić się na czymkolwiek innym ;)

Świątynia Małpy. Znajdź swoją przestrzeń. / The Monkey Temple. Find your space.

Świątynie w Indiach to wyjątkowe miejsca. Pełne zapachu kadzideł, kwiatów, kolorów ale przede wszystkim bogów. Postaci z siedmioma ramionami, głową słonia czy małpy. To co dla nas może wydawać się dziwne, dla Hindusów jest naturalne. To co nam wydaje się orientalne, Hindusom daje siłę. Wystarczy pochylić na chwilę głowę, dotknąć stopę rzeźby jednego z bogów by poczuć wewnętrzny spokój.

W Delhi co krok można napotkać małe uliczne kapliczki lub ogromne, imponujące świątynie. Miejsca, które zapieraja dech w piersi. Miejsca, które sprawiają, że otwierasz usta i nie wiesz co powiedzieć. Miejsca, do których chcesz wracać. Wtorek to dzień Boga Małpy i właśnie we wtorek wybraliśmy się żeby odwiedzić jego świątynię.

Sam budynek jest genialny. Gigantyczna pomarańczowa Małpa stojąca przy samej ulicy. Mówiąc gigantyczna mam na myśli rozmiary Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Z początku wydawało mi się, to trochę groteskowe, jak plastikowa kiczowata figurka tylko tysiąc razy większa. Nic bardziej mylnego. W tym miejscu nie ma nic z kiczu.

Przed wejściem zostawiliśmy swoje buty (do świątyni w Indiach zawsze wchodzi się boso ) i kupiliśmy pęczek bananów by je poświęcić.Na samym początku kapłani poświęcili nas (zostawiając na naszych czolach czerwone kropki) i nasze owoce. Nastepnie mogliśmy ruszyć w podróż wąskimi, wilgotnymi, kamiennymi korytarzami. Różnica jest szokująca. Krzykliwa małpa na zewnątrz i wrażenie starej opuszczonej piwnicy w środku. Z tym, że miejsce nie jest opuszczone. Możecie zobaczyć tu figury innych Bogów, sceny przedstawiające walkę dobra ze złem, a nawet paszcze gigantycznego węża. Do której oczywiście weszłam.

Figury bogów są tutaj przepiękne. Przy wielu z nich siedzą kapłani, którzy zostawiają błogosławieństwo na czole pod postacią żółtej kropki a także nalewaja na dłoń świętą wodę, której część pijecie a część kropicie wasze głowy. Niesamowite przeżycie. To miejsce jest jak wejście to zupełnie innej rzeczywistości. Jakby świat stanął nagle w miejscu i krzyczał  : hej! Zwolnij trochę! Odpocznij. Zastanów się. Pomyśl.

Świątynia Małpy to miejsce, w którym nie chce się za bardzo gadać. To miejsce, w którym chce się po prostu odetchnąć. Ja byłam pod ogromnym wrażeniem. To niesamowite również widzieć wierzących, którzy przychodzą tu by dotknąć stóp bogów by przyjąć od nich błogosławieństwo by prosto ze świątyni popedzic wprost do swoich codziennych spraw. Do pracy, rodziny, tłumu i hałasu ulicy. Sama czułam się oniesmielona, zachwycona, zafascynowana, zauroczona. To jak odnaleźć swoją spokojną przestrzeń w całym tym szaleństwie. Jakby się na chwilę zatrzymać by pobyć sam na sam ze swoimi myślami, z modlitwą.

Po wyjściu ze świątyni rozdalismy banany biednym dzieciom koczujacym na ulicy. To widok, który zawsze łamie mi serce. Po czymś takim trudno w jednej chwili tak po prostu wrócić do normalnego życia. A. jeszcze dlugi czas twierdził, że wyglądam na przestraszona. Jednak ja się nie bałam. Czułam się niesamowicie. Spokojnie. Po prostu dobrze.

Teraz za każdym razem gdy jadąc metrem, mijamy Świątynię Małpy (z okna pociagu widać tylko część gigantycznych nóg )wskazuję na nią palcem i cieszę się jak dziecko. To miejsce do którego będę wracać. Bo chcę. Bo potrzebuję.

(Irrakuri)

 Lord Shiva






Temples in India are unique. The smell of incense, flowers, colors, but above all
Gods. Characters with seven arms, the head of an elephant or a monkey. What to us may seem strange to Indians is natural. For what seems oriental to us to Indians it gives strength. Just bow your head for a while head to touch the foot of one of the statues of the gods to feel inner peace.

In Delhi, every step you encounter a small street has shrines and huge, impressive temples. Places that are breathtaking. A place that makes you open your mouth and you do not know what to say. Places to you want to come back. Tuesday is the day of the Monkey God and that on Tuesday we went to visit his temple.

The building itself is brilliant.A giant orange monkey standing at the street. Speaking giant I mean size of the Palace of Culture and Science in Warsaw. At first it seemed a little grotesque, as plastic kitsch figurine only a thousand times greater. Nothing could be further from the truth. At this point there is nothing kitsch.

Before entering (to a temple in India always comes barefoot) and bought a bunch of bananas to offer to the Monkey God.In the beginning of the visit the priests blessed us (leaving on our foreheads with red dots) and our fruit. Then we could move on a journey through the narrow, damp, stone corridors.
The difference is shocking. Gigantic monkey on the outside and feel of an old abandoned basement in the middle. With the feeling that The place is not abandoned. You can see here statues of other gods, scenes depicting the struggle between good and evil, and even the jaws of a giant snake. Which of course I went into.

Figures of gods here are beautiful. With many of them sit priests who leave the blessing on
forehead in the form of yellow dots and pouring sacred water on hand, part of which you drink and some shower on your heads. Amazing experience. This place is like entering a completely different reality. if the world suddenly stood alive in the place and shouted at you saying: Hey! Slow down! Rest. Consider and look at your life.Get an idea of who you are.

Monkey Temple is a place where you do not want to talk too much. This is the place where you want to just breathe. I was very impressed. It's also amazing to see believers who come here to touch the feet of the gods to take blessing from them to rush straight from the temple directly to their everyday life. To work, the family, the crowd and the noise of the street. I felt intimidated, delighted,fascinated, charmed. That's how to find your quiet space in all this madness.To stop for a moment and to be alone with your thoughts, prayers.

After leaving the temple we distributed bananas to the poor children on the street. This view, which
always breaks my heart. After something like that is hard in a moment just to get back to normal life. A. still long time claimed that scared look on. But I was not scared. I felt amazing. Calmly. After the blessing just fine.

Now, every time we ride in the train and pass the Monkey Temple (from the window of the train you
can see only part of the giant legs) pointing my finger, and I'm happy as a child. The place to which I will return. Because I want. Because I need. Because I belong.

Tam dom twój gdzie serce twoje / Home is where the heart is.

Wydaje mi się, że zaledwie wczoraj po raz pierwszy leciałam do Indii by spotykać mężczyznę mojego życia, a dzisiaj znów siedzę w samolocie i znów czuję motyle w brzuchu, a poziom ekscytacji i oczekiwania upragnionej chwili rośnie z minuty na minutę.
W maju,jeszcze trzymając się za ręce i czując ciepło naszych ciał, zdecydowaliśmy, że wracam do New Delhi najszybciej jak to tylko będzie możliwe. Niestety, jeszcze nie na stałe, jeszcze nie na zawsze, przed nami ostatnia i najcięższa próba rozłąki, ale tymczasem przed nami dwa wspaniałe tygodnie.

Nie obyło się bez przygód, bo jak widać moje podróże muszą być naznaczone odrobiną rozrywki, ale i tak Moskwa zdaje egzamin na piątkę (nigdy więcej Amsterdamu!). Moja podróż zaczęła się od telefonu z biura podróży i informacji, że mój lot do Moskwy o 9:45 został anulowany. Lecę godzinę później co oznacza, że będę miała niecałe 1,5 godziny na przejście na inny terminal i znalezienie odpowiedniej bramki. Po amsterdamskich przygodach wyobrażacie sobie chyba ile łez wylałam i jak bolał mnie brzuch ze stresu w dniu wylotu? Nie pocieszała mnie nawet myśl, że  w razie opóźnienia mam kolejny samolot pięć godzin później. Niemniej postanowiłam walczyć jak lwica. Albo jak baran, w końcu to bardzo waleczny znak zodiaku...

Tymczasem już w Polsce przy zdaniu bagażu pracownik lotniska zapytał mnie gdzie jest moja wiza do Rosji. Serio??!! Jestem pełna podziwu dla samej siebie, bo nawet przez chwilę nie pomyślałam o tym, żeby płakać. Postanowiłam, że wieczorem będę w Delhi. Koniec. Po kilku telefonach i praktycznie wprawieniu mnie w zawał serca okazało się, że wizy nie potrzebuję. Świetnie. Punkt pierwszy zaliczony. Siedzenie miałam mniej więcej po środku samolotu, co nie przeszkodziło mi wystrzelić do drzwi jak proca kiedy się tylko zatrzymaliśmy. Rannych i poszkodowanych serdecznie przepraszam ale nie żałuję. Sami rozumiecie.

Wysiadam z samolotu, a tam kobieta łamanym angielskim pyta mnie gdzie chcę iść. Słucham? Wiele osób uprzedzało mnie, że Rosjanie nienawidzą Polaków i robią im przy odprawach problemy z najmniejszą nawet bzdurą. Byłam gotowa drapać i gryźć. Dobiegłam do bramek w terminalu F bez żadnego problemu, a tam znów kobieta, o nic nie pytana pomogła, poprowadziła jak dziecko. Zrozumieć Rosjan po angielsku jest bardzo ciężko. To cud, że coś pamiętam ze szkoły ale i tak bylo ciezko. W każdym bądź razie miałam niecałe 1,5 godziny na transfer, a wyrobiłam się w pół. No dobra, trochę biegłam a jestem w dobrej formie, ale bez przesady.

Pod bramką mogłam zadzwonić do A, pochwalić się jaka jestem mądra i dzielna i usłyszeć jego głos, który dał mi siłę na kolejnych 6 godzin lotu. Odprawę zaczęli praktycznie o czasie bez żadnych podziałów na biznes class czy ekonomiczną. Wpuszczali wszystkich jak leci. Idziemy sobie z grupą pasażerów przez rozgrzany od słońca rękaw prowadzący do samolotu, aż tu nagle ci, którzy byli z przodu zaczęli zawracać i nakłaniac nas do tego samego. Okazało się, że samolot jest zamknięty na cztery spusty i nikogo tam jeszcze nie ma. Ahoj przygodo!

Lot opoznił się o 20 minut ale jestem. Siedzę sobie i odpoczywam po średnio smacznym obiedzie i odliczam minuty do spotkania z mężczyzną mojego życia o czym na pewno napiszę później. Wyobrażam sobie jak to będzie, znów zobaczyć A. na lotnisku, jego ogromny i piękny uśmiech. Cudownie będzie wtulić się w jego ramiona. Tymczasem turbulencje są coraz silniejsze więc idę spać. Kołyszą mnie do snu jak nic. Prawda jest taka, że pomijając lotniskowe przygody to ja bardzo lubię latać. Uwielbiam moment startowania i moment lądowania. Lubię szum silników i widok chmur za oknem. Chmury nad Rosją były dziś niesamowite. Przepiękne. Oby były dobrą wróżbą na
nadchodzący czas.

(Irrakuri)





It seems to me that only yesterday for the first time I flew to India to meet the man of my life, and today again I sit in a plane, and again I feel butterflies in my stomach, and the level of excitement and with my heart in my mouth grows by the minute.
In May, still holding hands, feeling the warmth of our bodies, we decided that I am coming back to New Delhi as soon as possible. Unfortunately not permanently, yet this unannounced and not wanted separation which holds us apart, but in the meantime we have two great weeks with us.

It was not without adventure, because as you can see my travels must be marked with a little entertainment, but Moscow still passes the test with flying colors (Never Amsterdam!). My journey began with a phone-call with the travel agency and the information that my flight to Moscow was scheduled at 9:45 annulled. I'm flying an hour later, which means that I will have less than 1.5 hours to move to another terminal and finding the right gate. After Amsterdam adventures unless you imagine how many tears spilled and how my stomach hurt from the stress of the day of departure? Nothing comforted me, even the thought that if I get delayed i have another plane five hours later. Nevertheless, I decided to fight like a lioness.Or like a ram, in the end it is a very brave zodiac sign ...
Meanwhile, in Poland already at the sentence Storage airport worker asked me about my visa to Russia. Seriously??!! I'm in full admiration for myself, because even for a moment I thought about it, i did not cry. I decided that tonight I will be in Delhi. End of story. After several phone calls and giving me a virtual heart attack, it turned out that I do not need a visa. Excellent. The first point counted. I was sitting more or less in the middle of the plane, which did not prevent me to shoot at the door like a slingshot when it just stopped. Wounded and injured heartily sorry but I do not regret. I hope you understand.

I get off the plane, and there's a woman in broken English asks me where I want to go? Pardon me? Many people anticipated that the Russians hate the Poles, and they trouble them with unnecessary briefings and problems with even the smallest thing. I was ready to scratch and bite. I reached the gate, Terminal F without any problem, and there again, a woman out of nowhere helped without  a question,I lead like a child. Understanding the Russians speaking in English is extremely troublesome. It's a miracle that I remembered something from my school and even then understood very little. Anyway, I had less than 1.5 hours to hunt for my boarding gate which i managed to locate like a sniffer in half an hour. Well, I ran a little bit and I'm in good shape, but without exaggeration.

At the gate I called A,proud of myself, wise and brave and impatiently waiting to hear his voice, which gave me strength for the next 6 hours of the flight. Nothing bothered me while I sat at the boarding gate, because I was on the spot. Briefing started almost on time without any divisions for business class or economy. They recessed all the passengers like flies. We're going to deal with a group of passengers from the hot sun sleeve leading to the plane, all of a sudden those who were at the front began to turn back and encouraged us to do the same. It turned out that the airplane is closed and nobody was available. Adventure Ahoy!


The flight was delayed by about 20 minutes but here I am. Sitting and resting after an average tasteless meal and counting down the minutes to the meeting with the man of my life what surely will happen I will write later. I imagine how it would be, again,to see A. at the airport, and his beautiful smile. Wonderfully I will nestle into his arms. Meanwhile turbulence is getting stronger so I'm going off to sleep. Rocking me in a cradle. The truth is that, apart from airport adventure I would very much like to fly. I love the taking off and the airplane landing. I like the sound of the engines and view of clouds outside the window. Clouds over Russia were amazing today. Beautiful, I hope it was a good omen for my arrival.